Ostatnio czytaliśmy ver. 2

czyli odpowiednie miejsce dla bibliotekarzy, bibliofilów, moli książkowych i wszystkich tych nieżyciowych czytaczy

Moderator: RedAktorzy

Awatar użytkownika
Hitokiri
Yilanè
Posty: 3642
Rejestracja: ndz, 16 kwie 2006 15:59
Płeć: Kobieta
Lokalizacja: Bedford
Kontakt:

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Hitokiri » ndz, 07 lut 2016 01:36

Jeff Vandermeer - Podziemia Veniss jak dla mnie: świetne. Tytułowe podziemia są tak opisane, że czułam się jakbym naprawdę tam była.
W całej książce są trzy główne postacie - Nicholas, Nicola i Shadrach, historia jest podzielona na trzy części, a kazda jest "przypisana" danej postaci. Pierwsza jest część Nicholasa - jak dla mnie najnudniejsza, na szczęście krótka. Potem jest część Nicoli - i ta już jest ciekawsza, ale dopiero z Shadrachem wciągnęłam się w całą historię. To w jego części były bardziej opisane te podziemia i ogólnie - tu, według mnie najwięcej się działo.
Mnie się książka podobala. I polecam.
"Ale my nie będziemy teraz rozstrzygać, kto pracuje w burdelu, a kto na budowie"
"Ania, warzywa cię szukały!"

Wzrúsz Wirusa! Podarúj mú "ú" z kreską!

Awatar użytkownika
Hitokiri
Yilanè
Posty: 3642
Rejestracja: ndz, 16 kwie 2006 15:59
Płeć: Kobieta
Lokalizacja: Bedford
Kontakt:

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Hitokiri » pt, 12 lut 2016 12:02

Znowu ja :)
Właśnie skończyłam Pachnidło - Patricka Suskinda. Na początku pochłonął mnie klimat opowieści, nie mogłam się oderwać. Gdzies tak do połowy czytało mi się bardzo dobrze. Potem jednak zaczęłam się nudzić. Opisy "rozmyślań" czy też "wyobrażeń" (nie wiem jak to nazwać) głównego bohatera siedzącego w jaskini ciągnęły się przez kilka rozdziałów i strasznie mnie znudziły. Do tego stopnia, że miałam ochotę cisnąć książkę w kąt, jednak uparłam się, że skończę. Potem (gdy już bohater wyszedł z tej jaskini) znów zaczęłam czytać z zainteresowaniem, bo znów zaczęło się coś dziać.
"Ale my nie będziemy teraz rozstrzygać, kto pracuje w burdelu, a kto na budowie"
"Ania, warzywa cię szukały!"


Wzrúsz Wirusa! Podarúj mú "ú" z kreską!

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1434
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01
Lokalizacja: Z czarnej dziury
Kontakt:

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Q » wt, 24 maja 2016 20:02

Relatywnie niedawno (wtedy. co wrzuciłem cytaty ) zmierzyłem się (z jedną z nich po raz wtóry) z powieściami Grega Egana i Petera Wattsa, głoszonych często godnymi następcami Lema.

Cóż... Obie te powieści znalazłem rozczarowującymi, ale z odmiennych przyczyn i na odmiennym poziomie.

Eganowa "Diaspora" skojarzyła mi się z tym niesławnym "Call Me Joe" Andersona,
co to zaczyna się od dość klimatycznej kosmonautyki, a kończy na nap*** tubylczych form życia maczugą
, bo wręcz znakomicie się zaczyna, a potem w podobny idiotyzm wpada.
Znaczy: póki mamy tam obraz życia postludzkich bytów, to wypada to wszystko dość przyzwoicie i prawdopodobnie (acz i nieco naiwnie - jak świat dorosłych oglądany oczami dziecka - i b. skrótowo, bo autor oferuje nam sporo fascynujących szczegółów technicznych, ale nie próbuje nawet zastanawiać się zbyt serio nad codziennym funkcjonowaniem tego postludzkiego świata, jego wewnętrznych zależności, ograniczając się do pokazania jakichś udoskonalonych wersji współczesnych forów i portali podniesionych do poziomu wirtuali ;)... i w sumie go rozumiem, że nie próbował), miejscami wybitnie.
Z tym, że to jest klasyczna hard SF - naukowo bywa, że imponuje, literacko nie powala... do pewnego momentu...
wizja zagłady ostatnich biologicznych ludzi na Ziemi
(acz mająca u podstaw pewne naiwności - o tym później), jest całkiem mocna literacko, jak na gatunkowe standardy, SF - to jest poziom co lepszych opowiadań Clarke'a czy niektórych scen z "Obłoku Magellana".
I tu pomału zaczyna się kończyć to co dobre - w międzyczasie dostajemy inkorporowane w tekst starsze "Dywany Wanga" (mają swoje wady, ale są jednym z lepszych opowiadań SF jakie znam), ale zaraz po nich zaczyna się równia pochyła...
Dokonane jest bowiem odkrycie kolejnej planety, będącej produktem niesłychanej kosmicznej inżynierii (która czy to ją stworzyła, czy na poziomie molekularnym przekształciła)
i dzięki niemu zaczyna się ten, tak zachwycający Dukaja rajd przez kolejne wszechświaty o odmiennych zestawach praw. Tylko, że jest to opisane b. naiwnie. Nie zrozumcie mnie źle - warstwa naukowa (matematyczno-fizyczna) jest b. solidna*http://gregegan.customer.netspace.net.au/DIASPORA/DIASPORA.html, ale to co się z niej rodzi jest śmieszne i toporne - czy życie bazuje na ciężkiej wodzie, czy zrodził je sześciowymiarowy wszechświat, zawsze wpisuje się w schemat samożywna roślina-cudzożywne zwierzę-istota rozumna, z którą można pogadać. (Owszem, wiem, że istnieją hipotezy egzobiologiczne zakładające powszechność tego schematu, ale jak już się wymyśliło
maszynowe życie i będące produktem naturalnej ewolucji biochemiczne komputery o wyglądzie Płytek Wanga*http://archiwum.wiz.pl/2001/01093200.asp
to można się było potem lepiej postarać.) Przy czym
jedni z tych rozumnych są dość odrażający - b. mądrzy niby, a cały ich pomysł na autoewolucję był taki, by przeprogramować swój świat w taki sposób by wszystko samo im do gęby lazło - cywilizacja pasibrzuchów i - w sumie - okrutników (to co w "Dziennikach gwiazdowych" było o hańbie pożerania innych).
A wszystko już po tym, gdy jeden z bohaterów twierdził, że im wyższa rozumność, tym większa etyka.
Ponadto... Egan, by bohaterów w ów rajd posłać, pozwala sobie na rzecz godną - góra - czytadeł Davida Webera,
podrasowuje znaną nam fizykę w ten sposób, by się okazało, że zagłada starej ludzkości - tym spowodowana, że niby gwiazd kolizje zachodzą szybciej niż zakładamy - to tylko pierwsze z grożących kosmicznych nieszczęść, co bohaterów ręcznie w kierunku tytułowej diaspory popycha.
(Owszem, nawet Noblista Saramago, że już o Ballardzie nie wspomnę, zsyłali na swe postacie rozmaite wydumane klęski, ale istotne jeszcze do czego się ich używa, tu służą za prostacki pretekst fabularny.)
Przy czym nie twierdzę, że "Diaspora" - choć tak surowo ją oceniam - jest kompletnie bezwartościowa. Jej autor ma spore pojęcie o naukach ścisłych, potrafi też we wczesnych rozdziałach zarysować niedoskonałą, ale przecież najlepszą w światowej SF, wizję tego co wyrosnąć może z ludzkości (kontynuacja myśli z 'GOLEMa XIV" i "Odysei kosmicznej"), ciekawych pomysłów też ma dość by na kilka utworów starczyło, i to mu warto docenić. Tylko jakby w pewnym momencie temat wyraźnie go przerósł.

Wattsowa "Rozgwiazda" znów (najwyżej oceniona rzecz tego autora na Amazonie) czysto literacko wydaje się lepsza (trochę w niej przebłyskuje z kosmicznych klimatów "Pirxa..." z "Fiaskiem", trochę z apokalips wspomnianego już Ballarda), ale mam wrażenie, że autorowi - usprawiedliwia go trochę, że młodym debiutantem był, Mickiewicz za młodu też lubił upiorność ;) - zamarzyło się straśne czytadło stworzyć, w którym wszystko musi przerażać lub być drastyczne. No i dostajemy bandę scyborgizowanych degeneratów (Watts to niby tłumaczy, adaptatywnością ich psychik - niby tyle przeszli, a się nie rozsypali, dziwne jednak, że na kosmonautów zrównoważonych się bierze), opisanych jednak b. płasko
(jakaś wieczna ofiara dorastająca do roli kata, jakiś pedofil - miało być odważnie, a wyszedł standardowy wariat w stylu thomasowoharrisowym o rozdwojonej jaźni, jakiś agent-psychopata z licencją na zabijanie)
zatrudnionych przy pozyskiwaniu energii z podmorskiego ryftu, który właśnie trochę po pirxowemu pracują, a trochę po ballardowemu w izolacji wariują, i
przy okazji telepatię odkrywają (Watts to wyjaśnia nawet zmyślnie łącząc tezy penrose'owe z efektem ganzfeld - no, b. serio traktować się tego nie da, ale jakowyjaśnienie startrekowej psioniki jak znalazł ;) ),
i z potworami mają do czynienia. Potworów tych jest spora gradacja - oni sami, oceaniczne ryby co się gigantycznie rozrosły i atakować ich usiłują,
korporacyjne bubki traktujące ich jak mięso armatnie i życiem ludzkim szafujące dość bezlitośnie, wreszcie - mikroby z alternatywnej odnogi ewolucyjnego drzewa (inna biochemiczna budowa), które nie miały dotąd szansy na ląd wyleźć, a jak wylezą docelowo znane nam życie gotowe wyprzeć (one to z tymi rybami w symbiozie żyjąc odpowiadają za ich gigantyczne spotwornienie). Nie dziwota więc, że bohaterka główna, jedyna co się połapie o co w tym chodzi, w podzięce ludzkości za paskudne traktowanie (to ta co ofiarą była) metodą almanzorową to paskudztwo na ląd przywlecze. No, ogólnie teza jest taka, że ludzkość ohydna z natury i zgon się jej należy, ale mam wrażenie, że dość gówniarsko - za przeproszeniem - dowodzona.

Przy czym rzecz fabularnie się rozłazi - nie ma typowej dla klasyków SF dyscypliny, nie ma Problemu centralnego, najpierw dzieje się to, potem co inksze, czytelnik miota się trochę jak zdeprywowani bohaterowie.
Literacko - jak na SF - całkiem sprawna, ale... właśnie... zatrzymuje się w sumie na poziomie ciut udoskonalonego horror-czytadła, w którym nie wiadomo o co chodzi (bo chodzi głównie o to, by czytelnika postraszyć i zepatować, nic nadto).
Jednym słowem nie poruszyło mnie to nic, a nic, choć napisane poprawnie. No, dobra, jedna fajna rzecz tam była, te myślące żele (mózgi galaretyczne po naszemu :) ),
które też w tej tragedii i apokalipsie mają udział, bo wytresowano je, by przedkładały prostotę nad złożoność (czyją stronę zatem wezmą w ewolucyjnym zmaganiu? ;) )
:

"- To jeden z tych inteligentnych żeli - odezwał się w końcu Ray.
- Inteligentnych żeli?
- Mózgoser. Wyhodowane komórki mózgowe na tacy."


"- W ciągu ostatnich sześciu miesięcy ilość infekcji wirusowych w Internecie spadła o piętnaście procent dzięki instalacji inteligentnych żeli w istotnych węzłach wzdłuż szkieletu sieci. Cyfrowe wirusy praktycznie nie są w stanie zaatakować inteligentnych żeli, z których każdy posiada niepowtarzalną i zmienną architekturę systemu."

"- Fundamentalista uniewinniony od zarzutu morderstwa po zniszczeniu inteligentnego żelu - wyrecytowała maszyna. - Użyte tagi...
/.../
- ...AI, procesy poznawcze i prawo.
/.../
- Aaa - skrót, bez technicznego języka - rozkazał stacji.
- Ofiarą sprawcy padł inteligentny żel wypożyczony na określony czas Centrum Naukowemu w Ontario i będący częścią otwartej wystawy dotyczącej sztucznej inteligencji. Oskarżony przyznał się do winy, oświadczając, że hodowla komórek nerwowych - stacja robocza zmieniła głos, wplatając gładko plik dźwiękowy w czytany artykuł - „to profanacja ludzkiej duszy".
- Powołani przez obronę biegli sądowi, włączając w to inteligentny żel z Uniwersytetu Rutgersa, z którym połączono się online, zeznali, że hodowle neuronów nie mają wykształconych struktur śródmózgowia niezbędnych do odczuwania bólu, strachu, czy też instynktu samozachowawczego. Obrona utrzymywała, że pojęcie „prawa" zakłada ochronę jednostki przed niepotrzebnym cierpieniem, a jako że inteligentne żele są niezdolne do przeżywania cierpień, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, nie przysługuje im prawo do obrony, niezależnie od ich poziomu samoświadomości. Wnioski te zostały zgrabnie ujęte w mowie końcowej obrony: „Samych żeli nie obchodzi, czy będą żyć, czy tez umrą. Dlaczego miałoby obchodzić to nas?". Od wyroku złożono apelację. Powiązany z kolejnym elementem tagami: AI i wieści ze świata."


Ale one w sumie z życia wzięte ;):

"Inteligentne żele
Inspiracją do stworzenia inteligentnych żeli, które koncertowo wszystko schrzaniły, były dla mnie badania prowadzone przez Masuo Aizawę, profesora z Tokyo Institute of Technology, którego sylwetkę przedstawiono w magazynie „Discover" z sierpnia 1992 roku. Połączył on wtedy ze sobą kilka neuronów, tworząc w ten sposób prototyp prostej bramki logicznej. Mam dreszcze na samą myśl o tym, czym może zajmować się obecnie.
Zastosowanie sieci neuronowych do nawigacji po skomplikowanym terenie opisał B. Daviss w artykule Robocar („Discover", lipiec 1992), który prezentuje dokonania Charlesa Thorpe'a z (a jakżeby inaczej?) Uniwersytetu Carnegie-Mellon."


Podsumowując: mimo wszelkich mankamentów jest to czołówka współczesnej SF (z czego Egan koncepcyjnie lepszy), ale jak ktoś twierdzi, że godni następcy Lema i innych klasyków, to znaczy, że głód dobrej SF smak mu stępił. Jednak nie ten poziom. Lem ani strachami nie epatował i psychik ludzkich do komiksu nie sprowadzał, ani nie tworzył wizji tak boleśnie ułomnych (nawet jeśli ciekawych), wolał się żartem wykręcić, niż serio bzdury sprzedawać.
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
MAT
Pćma
Posty: 290
Rejestracja: śr, 26 lut 2014 21:35
Płeć: Mężczyzna
Lokalizacja: Dlaczego się odchodzi? Aby powrócić.

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: MAT » ndz, 03 lip 2016 17:49

Właśnie (dosłownie) skończyłem Leonie Swann "Krocząc w ciemności".
To książka zupełnie inna niż wcześniejsze dwa tomy "owczej" mini-serii; co nie znaczy, że gorsza, a wręcz przeciwnie.
Bardziej w brytyjskim stylu (jak dla mnie humorem, ale i pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, przypomina Neila Gaimana), co chyba jest konsekwencją zamieszkiwania przez autorkę Londynu w czasie pracy twórczej. Swann może przez to tracić nieco na swej oryginalności, w końcu zwłaszcza "Sprawiedliwość owiec" była zdecydowanie inną książką, ale mnie się (nadal) podoba.
I chyba od czasu przeczytania "Chłopaków Anansiego" (jak widać, Gaiman nie pojawił się przypadkowo) nie miałem takiego uśmiechu na twarzy po przeczytaniu ostatniej strony.
Życie bez czytania jest niebezpieczne, trzeba zadowolić się samym życiem, a to niesie ze sobą pewne ryzyko (Michel Houellebecq)

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 22749
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29
Lokalizacja: z pagórka

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Alfi » pn, 03 paź 2016 21:25

Wyjątkowo nie o czymś, co przeczytałem, ale co usłyszałem.
A usłyszałem fragment prozy Zygmunta Haupta. Co za język, co za styl! Jedyna w swoim rodzaju melodia zdania. Plastyczność opisów, która sprawia, że nagromadzenie szczegółów, które powinno męczyć i zniechęcać, daje efekt wprost przeciwny.
Stasiuk właśnie stwierdził, że regularnie czyta Haupta, by się "ustrzec przed pokusą pychy pisarskiej".
Ale czy jeszcze ktoś potrafi tak pisać?
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)

Awatar użytkownika
Beata
Kadet Pirx
Posty: 1310
Rejestracja: wt, 10 wrz 2013 10:33
Płeć: Kobieta

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Beata » pt, 14 paź 2016 21:35

Ostatnio przeczytałam rewelacyjny zbiór opowiadań George'a Saundersa pt. Dziesiąty grudnia. Opowiadania współczesne, ale niektóre z nutką fantastyki, w sensie akcji umieszczonej w niedalekiej przyszłości. Przy czym akcji, jako takiej, jest w tych opowiadaniach stosunkowo mało, punktem wyjścia jest często jedno zdarzenie, autor skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów. Wszystkie teksty są warte uwagi, na mnie szczególne wrażenie zrobiła "Ucieczka z Pajęczej Głowy". Saunders trafił na moją krótką listę, tzn. że cokolwiek jego wydadzą, kupuję i czytam poza kolejnością.
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 22749
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29
Lokalizacja: z pagórka

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Alfi » sob, 29 lip 2017 19:11

Dobrnąłem do połowy Dzieci demonów niejakiego McDermotta. Resztę chyba sobie odpuszczę. Straszliwa nuda.
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)

Awatar użytkownika
Beata
Kadet Pirx
Posty: 1310
Rejestracja: wt, 10 wrz 2013 10:33
Płeć: Kobieta

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Beata » wt, 10 paź 2017 18:55

Ostatnio przytrafiły mi się dwie świetne lektury.
Niksy Nathana Hilla. Znakomita. Doskonale wykreowani bohaterowie, wprost wyłażą z kart. Zróżnicowani, mówiący własnym językiem. Świetnie przestawione tło, pełne smaczków (analiza Cronkite'a podczas wywiadu) i trafnych obserwacji obyczajowych (Laura używająca aplikacji Yestem). Ani jedno zdanie nie jest przeszarżowane, ani jedna scena polukrowana w pogoni za ckliwą holywoodzkością. I najważniejsze: ta książka jest o czymś. :)
Dżentelmen w Moskwie Amora Towlesa. Dzięki polecance Nureczki z LH. Świetna lektura. Ciepła, życzliwa, dowcipna. I o niuansach. O świecie, którego już nie ma i nie będzie. I jest nastrój. Są dygresje. :) Otwierające przesłuchanie jest kapitalne, ustawia z punktu sympatię czytelnika po stronie właściwego człowieka. Bardzo misię.
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 22749
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29
Lokalizacja: z pagórka

Ostatnio czytaliśmy ver. 2

Postautor: Alfi » ndz, 15 paź 2017 21:38

Przeczytałem ostatnio parę tzw. skandynawskich kryminałów. Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że one są raczej przereklamowane. Teraz stwierdzam, że spośród autorów najbardziej wyróżnia się - w sensie sprawności w języku i konstruowaniu fabuły - niejaki Ove Løgmansbø. Znany też jako Remigiusz Mróz.
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)


Wróć do „Co między okładkami piszczy”