O rycerzu co miał zaburzoną osobowość

Moderatorzy: RedAktorzy, ZZT-owcy

Awatar użytkownika
neularger
Trurl
Posty: 6995
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna
Lokalizacja: z Pandemonium

O rycerzu co miał zaburzoną osobowość

Postautor: neularger » wt, 10 cze 2014 21:39

Nowy autor i nowa historia, czyli otwieramy ZZT. :)

Dławiący, szmaciany smak przebudził Henryka hrabiego Vaul. Od jutra nie piję — powtórzył w myślach codzienne, bezskuteczne postanowienie. Spróbował podnieść się z łoża, by sięgnąć po puchar, ale nie mógł. Coś trzymało go w miejscu, w ustach miał knebel. Naparł na więzy, ale te nie puściły. Ostrożnie otworzył oczy.
Nie był związany sznurem, pasami, czy łańcuchem. W poprzek łokci, nadgarstków i kolan jarzyły się słabym światłem ślady zaklęcia krępującego. Mógł prężyć mięśnie do woli — wobec magii jego siła była na nic. Tylko knebel był namacalny. Henryk spróbował wypchnąć go z ust językiem, ale kłębek szmat był zbyt duży i tkwił zbyt głęboko.
— Jesteś.
Z fotela w głębi komnaty wstał jakiś mężczyzna. Hrabia Vaul próbował mu się przyjrzeć, ale w słabym świetle kominka niewiele było widać. Intruz zbliżył się. Drobny, szczupły, w obcisłym ubraniu.
— Poznajesz mnie?
Henryk próbował zakląć przez knebel, co nie było ani potwierdzeniem ani zaprzeczeniem. Ale nie, nie poznawał.
— Pewnie nie, zwykle ubieram się inaczej. To ja, Konrad Turnis.
Mężczyzna podszedł wreszcie na tyle blisko, że można było rozpoznać jego twarz. Istotnie był to Turnis. Istotnie trudny do rozpoznania, bez bufiastych rękawów, koronkowych kołnierzyków, złotego łańcucha zdobnego granatami i piórka przy berecie. Konrad Turnis, dworski elegant, od niedawna żonaty z jakąś daleką kuzynką księcia Ferdynanda, co dawało mu teraz dostęp do książęcego ucha. Pierwszy w tańcu i etykiecie, choć raczej niewidziany na polu bitwy. Henryk wysilił pamięć — nigdy niewidziany na polu bitwy. Acz trudno widzieć wszystkich, zwłaszcza gdy prowadzi się pierwszą linię ciężkiej jazdy.
— Jesteś wielkim wojownikiem, Henryku Vaul — powiedział Konrad, kucając przy hrabiowskim uchu — ale złym rycerzem. Bardzo złym rycerzem. Okrutnym dla poddanych, niewiernym żonie, wiecznie pijanym i wszczynającym burdy. Gdyby książę prowadził więcej wojen, byłbyś cenny. Ale dziś, gdy padł zamek ostatniego ze zbuntowanych baronów, stajesz się udręką dla dworu. Obciążeniem.
Turnis dobył sztyletu, przytknął go do czoła Henryka i powoli przejechał ostrzem w dół, wzdłuż nosa, warg i brody, aż do gardła. Skrępowany rycerz wstrzymał oddech, z takim trudem łapany przez tkwiącą w ustach szmatę. Włamywacz odjął jednak ostrze od jego szyi i kontynuował monolog.
— Zastanawiałeś się czasem, czemu zbuntowane zamki tak łatwo padają, czemu twój szturm zawsze napotyka otwarte bramy? Kto wspina się nocą na baszty, kto czeka w cieniu na zmianę warty, kto wyrzyna załogę i opuszcza most? Szarża twojej jazdy nie jest już główną przewagą książęcej armii. Przestałeś być złem koniecznym, stałeś się złem niekoniecznym. Złem, na które nie możemy i na szczęście już nie musimy się godzić.
No proszę, taki niby strojniś — pomyślał Henryk. Inaczej spojrzał na intruza. Tymczasem Turnis wstał, podszedł do skrzyni i wyciągnął z niej dzban z winem. Wracając ku swej ofierze, zrywał sztyletem wosk z szyjki.
— Na krótką chwilę stałeś się największym śledczym naszej uroczej ojczyzny. Wszyscy agenci wielkiego kapłana Arhusa powinny ci zazdrościć. Ty jeden wiesz..., bo już to wiesz, prawda? Ty jeden wiesz, skąd biorą się te nagłe i niespodziewane śmierci najgorszych szumowin dworu. Ludzie Arhusa ledwie zaczynają podejrzewać, że to nie wypadki, a ty już wiesz i kto, i jak. Jakże mógłbyś się teraz zasłużyć! Ale przez równie krótką chwilę wiedzieli o tym i Robert Ghur, i Hanna Rohoszanka zwana Rozkoszanką, i Hubert Wirsz. Żadne nie doniosło. Żadne nie dożyło.
Konrad wepchnął korek wgłąb dzbana. Nachylił się i cienką strużką lał wino na knebel. Napęczniała szmata silniej rozwarła szczęki Henryka. Pierwsze krople zaczęły padać na gardło. Wszystko razem powodowało równocześnie odruch wymiotny i wrażenie tonięcia.
— Ty też nie doniesiesz — ciągnął Turnis. — Umrzesz tak, jak żyłeś, zadławiony winem i wymiocinami, w zamkniętej od środka komnacie na wysokiej wieży. W tym wypadku nikt niczego nie będzie podejrzewał. Twoje sługi czeka wielce radosne odkrycie o poranku, gdy wreszcie zbiorą się na odwagę, by wyważyć drzwi.
Włamywacz mówił coś jeszcze, ale Henryk już do nie słyszał. Dławił się i krztusił, na zmianę zaciskał i otwierał szeroko oczy. Napierał na magiczne więzy, rzucał głową na boki, ale nawet gdy strumień wina chybiał celu, wciąż sączyła się strużka z nasączonego knebla. Hrabią wstrząsnęły konwulsje, zawartość żołądka podeszła do gardła, paląca treść zatkała krtań. Świat zaczął odpływać, powieki opadły na niewidzące oczy.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Wróć do „Czytelnia ZZT”